W dal dala-dala

Beztroski wypoczynek w hotelu to fantastyczna sprawa, ale najwyższy czas podnieść z leżaka swoje cztery litery i wyruszyć w teren. Sposobów poruszania się po Zanzibarze jest kilka i dziś zamierzam opowiedzieć Wam o naszym pomyśle na zwiedzanie wyspy.


Unguja to stosunkowo niewielka wyspa i wbrew pozorom drogi na niej są naprawdę niezłej jakości. Można spróbować przemieszczać się po niej na własną rękę lub korzystając z usług prywatnych przewoźników. Wszystko zależy od zasobności portfela oraz tego czy i na ile jesteście w stanie wyjść poza własną strefę komfortu.

Zacznijmy od najbardziej rozpowszechnionego wśród europejskich turystów rozwiązania - jazdy taksówką. Owszem, jest to niezwykle komfortowe, bowiem kierowca przewozi pasażerów bezpośrednio z punktu A do punktu B, chętnie zaczeka na miejscu, a to wszystko przy akompaniamencie muzyki z odtwarzacza CD i chłodem klimatyzacji, tak bardzo pożądanym na czarnym lądzie. Turysta może cieszyć swe oczy widokami, bezstresowo kręcić filmiki i obserwować życie tubylców przez przyciemnione szyby minivana. Magia! Zatem gdzie tkwi haczyk? W cenie niestety. Na Zanzibarze można (a nawet trzeba) się targować, co nie zmienia faktu, że za przejazd około 40 kilometrów, zapłacić trzeba będzie mniej więcej 50 $.

Może zatem lepiej wynająć samochód? Ceny wypożyczenia auta plasują się na poziomie 25 - 45 $ za dzień. Do tego doliczyć należy koszt lokalnego pozwolenia na prowadzenie pojazdu - 10 $. Taki sposób podróżowania po wyspie daje pełną swobodę i pozwala dotrzeć w każdy zakątek. Trzeba jednak mieć na uwadze specyficzny sposób jazdy lokalnych kierowców oraz częste kontrole policyjne. Zanzibar jest miejscem dosyć skorumpowanym, więc bywa, że spotkania ze "stróżami prawa" kończą się próbami wyłudzenia łapówki.

Ostatnim, najbardziej ekstremalnym środkiem transportu są lokalne autobusy, nazywane dala - dala. Ponieważ zdecydowaliśmy się przemieszczać pomiędzy miejscowościami właśnie w taki sposób, ten artykuł poświęcony będzie naszym "dala-dalowym" przygodom.

Typowy widok na ulicy przebiegającej przez zanzibarskie miejscowości

Pora zatem wyjawić wszystko, co chcielibyście wiedzieć o dala-dala, ale boicie się zapytać ;-)

Przede wszystkim jest to bardzo tani środek transportu. Przejazd z Uroa do Stone Town (około 40 km) to dla jednej osoby wydatek rzędu 1500 TZS (co w przeliczeniu na złotówki daje zawrotną kwotę 2,60 PLN).

Istnieją dwa typy pojazdów - nowsze, nieco wysłużone, ale raczej typowe malutkie busy oraz tradycyjne półciężarówki z ławkami na pace. Co istotne, koszt przejazdu jest taki sam, niezależnie od tego, czy podróż przebiegać będzie w bardziej lub mniej komfortowych warunkach.

Busy

Tradycyjna półciężarówka

Dala- dala od środka

Autobusy dojeżdżają niemal do każdej większej bądź mniejszej miejscowości na Zanzibarze. Trzeba jednak wiedzieć, że dala-dala jeżdżą liniowo trasą miejscowość A - Stone Town. Każda nasza wycieczka zaczynała się zatem od dojazdu do stolicy, a dopiero tam przesiadaliśmy się w docelowego busa. Przykładowo: odległość między Uroa a Nungwi to jakieś 50 km. Jadąc dala-dala najpierw wsiadamy w autobus 214 relacji Uroa - Stone Town, tam przesiadamy się w 116 do Nungwi. Łącznie pokonać musimy 100 km w jedną stronę. Takie podróżowanie świetnie wpisuje się w miejscową filozofię pole pole, co oznacza powoli, nie tak szybko.

Jeśli chodzi o czas ostatecznego dotarcia do wyznaczonego celu, to owszem, uzbroić trzeba się w cierpliwość. Inaczej sprawa ma się w kwestii samego tempa przemieszczania pojazdu, bowiem "dala-dala zapier****" :-D   Kierowcy gnają na złamanie karku, łamiąc wszelkie możliwe przepisy ruchu drogowego (swoją drogą na Zanzibarze i tak prawie nikt ich nie przestrzega).

Normą są też pojazdy przepełnione do granic możliwości. Kierowcy nie przejmują się limitem pasażerów i pakują ich do tego momentu, aż we wnętrzu nie pozostanie wolny choćby jeden centymetr sześcienny ;) No ale ten nie zna życia, kto w studenckich czasach nie podróżował busami relacji Kraków - Oświęcim.

Next, please

Jak już wcześniej ustaliliśmy, jazda dala-dala nie jest wybitnie luksusowym doświadczeniem. Pozwala za to poczuć smak prawdziwej Afryki, gdyż w ten sposób przemieszczają się przede wszystkim lokalni mieszkańcy. Z racji tego, że często jest to dla nich jedyny sposób przewiezienia do domów większych lub mniejszych zakupów, razem z nami jechały przedmioty wszelakie: meble, drewno na opał, świeże ryby, worki z ryżem, kartony wybielacza. Większe bagaże wrzucane są na dach, mniejsze zaś umieszcza się w "kabinie".

Taki widok nie jest rzadkością


Na próżno szukać jakiegokolwiek rozkładu jazdy dala-dala. Busy jeżdżą z różną częstotliwością, a kiedy pojawi się na horyzoncie - nie wie nikt. Mieliśmy okazję naocznie przekonać się o powodach takiego stanu rzeczy, ale to na deser ;)  Nie istnieją także przystanki, dala-dala zatrzymują się wszędzie tam, gdzie pojawią się pasażerowie. To akurat duży plus - wsiadaliśmy i wysiadaliśmy pod samym hotelem, niejednokrotnie łapaliśmy transport gdzieś w trasie, pośrodku niczego. Za każdym razem w czasie oczekiwania na przyjazd dala-dala musimy kilkukrotnie grzecznie dziękować kierowcom taksówek, którzy natychmiast materializują się przy potencjalnym pasażerze.

W Stone Town z kolei znajdują się dwa punkty, z których busy wyruszają w drogę. Główny położony jest w pobliżu Darajani Market. Część busów (między innymi ten do Uroa)  swój bieg rozpoczyna i kończy w punkcie zwanym Mchangani, oddalonym o około kilometr od targowiska Darajani.

Postój dala - dala

Ważną postacią w każdej dala-dali jest osoba konduktora. Na postoju wykrzykuje nazwę miejscowości, do której zmierza dany pojazd oraz umieszcza bagaże na dachu. W czasie przejazdu inkasuje należność za daną trasę. Warto wcześniej zorientować się w cenie podróży - o ile miejscowym reszta wydawana jest co do szylinga, to turysta jawi się jako świetne źródło dodatkowego zarobku. Pan konduktor, otrzymawszy banknot 5000 TZS, chowa go szybciutko do kieszeni i nie kwapi się do zwrotu nadpłaconych 2000 TZS. Dość szybko opatentowaliśmy sposób, by uniknąć tego typu sytuacji. Jeśli akurat nie mamy wyliczonej kwoty, po podaniu banknotu wymownie wpatrujemy się w konduktora, wzrokiem mówiącym: tak, tak - my wiemy, że musisz jeszcze wydać nam resztę. Odnotowaliśmy stuprocentową skuteczność :-)

Wróćmy teraz do momentu, gdy obiecałam Wam, że wyjaśnię w jaki sposób przekonaliśmy się o zasadności braku rozkładu jazdy. W sumie zaliczyliśmy kilkanaście przejazdów dala - dala. Dwa z nich pozostaną niezapomniane.

Historia numer jeden
Wyjątkowo duszny dzień. Burza i deszcz wiszą w powietrzu, ale póki co na próżno wypatrywać pierwszych ożywczych kropli. Wracamy ze Stone Town półciężarówką. Dosłownie co kilkadziesiąt metrów ktoś się dosiada, ledwo opuściliśmy granice miasta, a tu już dziki ścisk. Nic to. Mamy dobry czas, wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że powinniśmy zdążyć na lunch w hotelu. Jedziemy, pot płynie po nas strumieniami. Nagle zjeżdżamy z drogi i stajemy pod jakimś domem. Chwilę później okazuje się, że mieszka tu miejscowy mechanik. Musimy skorzystać z jego pomocy, bo popsuł się układ hamulcowy. Spędzamy tam ponad godzinę, w końcu szczęśliwie udaje się naprawić pojazd. Hurra! Wracamy do hotelu jakieś dwie godziny później, niż założyliśmy, ale przecież pole pole ;-)

Historia numer dwa
Szczęście nam dopisuje. Nie dość, że dala-dala numer 214 pojawia się chwilę po naszym wyjściu na ulicę, to jeszcze jest to zgrabny busik a nie półciężarówka :)  Odjeżdżamy kilka kilometrów. Na poboczu czeka para białych ludzi. Równocześnie z dala- dala zatrzymuje się przy nich taksówkarz i namawia turystów, by wsiedli do jego pojazdu. Ci wybierają publiczny transport. Zwyczajne zjawisko konkurencji - można by skwitować. Nie tutaj! Taksówkarz nie daje za wygraną, wyprzedza nas i zajeżdża drogę. Prowadzący dala-dala nie pozostaje dłużny i próbuje zepchnąć taksówkę z drogi. Pojazdy zatrzymują się, kierowcy wyskakują z szoferek i na środku ulicy rozpoczyna się regularna awantura. Zbiega się niemal cała wieś i każdy z oportunistów ma już swoją grupę wsparcia. Z całą pewnością lada moment doszłoby do rękoczynów, gdyby nie przejeżdżający tamtędy patrol wojska. Zgromadzenie zostaje rozpędzone, a my ruszamy w dalszą drogę. Okazuje się, że sprawcy całego zamieszania to nasi rodacy, z którymi ponownie przyjdzie nam spotkać się kilka dni później, w równie ekstremalnych warunkach. Pani Asiu i Panie Andrzeju - pozdrawiamy!

Decyzję o sposobie podróżowania pozostawiam Wam, ale jednocześnie zachęcam do zasmakowania jazdy lokalnymi środkami transportu. Tutaj naprawdę poczuliśmy i zobaczyliśmy, jak wygląda codzienność mieszkańców i doświadczyliśmy od nich wiele serdeczności. A to wynagradza nawet największy dyskomfort i zmęczenie...

Po całym dniu jazdy dala-dala tacy jesteśmy piękni ;)

Podróż sama w sobie jest wielką wartością, ale każda z nich ma jakiś cel. I o tym, gdzie dotarliśmy przeczytacie w kolejnych wpisach.


Komentarze

Zobacz również